piątek, 1 czerwca 2012

Śniadaniowe okruchy


Sobota równa się śniadanie. 
Prawdziwe Śniadanie. 
Takie, które zawsze kończy się plamami na obrusie i okruchami na podłodze, a rozciąga się aż do południa.


Herbatę spijamy ze starych, zdekompletowanych filiżanek po dziadku. 
Mamy, świeże, chrupiące pieczywo. 
Z reguły na śniadaniu pojawiają się jajka, często pod postacią szakszuki, czyli zanurzone w pachnącym sosie pomidorowym z plamą pietruszkowej zieleni na górze. 


Idealnie jest, kiedy mogę zrobić śniadanie najbliższym. Tu w towarzystwie siostry i mamci.


Przepis na szakszukę jest TUTAJ

A TUTAJ jest tekst o blogach kulinarnych, w którym dorzucam kilka słów od siebie. I nawet pojawiam się na zdjęciu, zbierając śliwki w ogrodzie :)

Do zobaczenia w poniedziałek!

wtorek, 29 maja 2012

29 maja: Magdaleny


Kiedy ciepły poranek przeistacza się w zimne przedpołudnie, kiedy nie pomaga żadna tabletka przeciwbólowa, a niebo zachodzi czarnymi czarnymi chmurami, z pomocą może przyjść tylko czekolada.

Kiedy jednak kuchenne zabiegi kończą się chlipaniem nad miską zważonej masy czekoladowej, trzeba zachować zimną krew. Ostudzić zwarzoną masę (przydarzyło mi się to po raz pierwszy w życiu, kładę to na karb zastąpienia czekolady, której zawsze używam, wyrobem innej marki), a potem dolewać do masy mleka oleju (dzięki, Arek!), intensywnie mieszając całość. Krem będzie pięknie lśnił, zachowa gładką konsystencję i jedwabistą kremowość.

Następnie można wyłożyć maliny na maślane kruche ciasto, zalać je ocaloną przed zagładą masą czekoladową i wręczyć tartę Magdalenie - wszakże dzisiaj 29 maja. 


A potem zwinąć się w kłębek na fotelu i raz po raz oglądać nową książkę (Rachel Khoo potrafi rozjaśnić dzień). Przy odrobinie szczęścia można robić to w towarzystwie kawałka czekoladowej tarty z malinami, którą Magdalena miłosiernie się z nami podzieliła.


TARTA Z MALINAMI I KREMEM CZEKOLADOWYM


1 porcja kruchego ciasta z tego przepisu (ciasto z cukrem pudrem)
ok. 3/4 szklanki mrożonych albo świeżych malin
200 g gorzkiej czekolady
250 ml śmietanki kremówki
25 g cukru pudru
50 g masła pokrojonego na kawałki


Formę do tart wyklejam kruchym ciastem, nakłuwam widelcem i piekę 15 minut w 190 st. C., a następnie zmniejszam gaz do 180 st. C. i piekę kolejne 20-25 minut, do zezłocenia ciasta. 


W rondelku o grubym dnie podgrzewam kremówkę, gdy się zagotuje, ściągam z gazu, dodaję pokruszoną czekoladę i cukier, mieszając dokładnie mikserem. Następnie dodaję po kawałeczku masła, ciągle miksując. 


Na ochłodzony spód wykładam cieniutką warstwę ochłodzonej masy czekoladowej (aby maliny nie nasączały spodu). Na to wykładam maliny, które zalewam masą czekoladową. Tartę odkłądam do lodówki na con. 2 h do schłodzenia.




Uwagi:

1. Pomysł na tartę i przepis na krem zaczerpnęłam od M. Roux ("Ciasta"), zaś zważony krem ratowałam metodą podpatrzoną u Jamiego Olivera. Kruche ciasto tradycyjnie według mojego przepisu , z cukrem pudrem, aby było delikatniejsze.

2. Do tarty można użyć świeżych, jak i mrożonych malin. Czekolada powinna być gorzka, chociaż z mleczną też się uda. Tarta jest kremowa, lekko kwaskowata (maliny) i zamknięta w delikatnym, maślanym kruchym cieście...

3. A jeśli nie ma się ochoty na tartę z ciemną czekoladą, zawsze można upiec to malinowe cudeńko z malinami, białą czekoladą i kruszonką owsianą. To moja obowiązkowa pozycja każdego roku.

niedziela, 27 maja 2012

Wybacz, Lucyno (Vintage cooking)


Pozostając w klimacie litewskim, w dzisiejszej odsłonie Vintage cooking chcę się dziś z Wami podzielić przepisem na chłodnik. Przepis pochodzi z końca XIX wieku, jego autorką jest nasza dobra znajoma Lucyna Ćwierczakiewicz. Receptura pochodzi z wydawanego corocznie kalendarza dla gospodyń Kolęda dla gospodyń przez autorkę 365 obiadów, wydawanego przez panią Lucynę.

Jego niezwykłość, obok pięknego brzmienia (rozbić go doskonale łyżką na jedną massę…), polega na tym, że to pierwszy znaleziony przeze mnie przepis autorki, który nie wymaga użycia kwasu od ogórków ani rosołu. Przyrządza się go na kwaśnym mleku i śmietance, co sprawia, że danie jest bardzo miłe w smaku, a co najwięcej, że nie tak sytne, jak na samej kiełbasie i kwasie. Chłodnik Ćwierczakiewiczowej zawiera jednak jeden ciekawy dodatek, dzisiaj już chyba niespotykany - znaleźć w nim można gotowaną rybę bądź raki.

W ramach eksperymentu kulinarnego, część przyrządzonego przeze mnie chłodnika podałam – wedle przykazania Ćwierczakiewiczowej - z kawałkami gotowanej ryby. Przeczucia mnie jednak nie myliły - rybny posmak w zupie z kwaszonego mleka nie przypadł mi do gustu. Zastanawiam się, czy dodatek wędzonej ryby nie uratowałby jakoś oryginalnego przepisu, ale na razie nie chcę eksperymentować i z całym szacunkiem dla piękna poniższej receptury, pomijam w niej dodatek ryby.

Poniżej przepis autorstwa Lucyny Ćwierczakiewicz z Kolędy dla gospodyń…:

Chłodnik oszczędny. 
Na Wołyniu i w niektórych dalszych miejscowościach, urządzają chłodnik na mleku zsiadłem. Wziąć dzieżkę mleka zsiadłego razem ze śmietanką, rozbić go doskonale łyżką na jedną massę. Ugotować oddzielnie botwinę z koprem, odcedzić i włożyć w rozbite mleko ze śmietaną. Następnie obrać ogórki i pokrajać w kostkę, jaja na twardo ugotowane w ćwiartkach, jesiotra lub jaką rybę gotowaną w paski, raki obrane, wszystko razem włożyć w wazę, nalać owem rozbitem mlekiem, posilić, wymieszać, a będzie i dosyć kwaśne i bardzo miłe w smaku, a co najwięcej, że nie tak sytne, jak na samej kiełbasie i kwasie.

I moja „przetłumaczona” i uzupełniona wersja:

CHŁODNIK OSZCZĘDNY

1 duży kubek zsiadłego mleka
1 mały kubeczek śmietany 12 % bądź 18 % (można zastąpić kubkiem kefiru)
pęczek botwiny
mały pęczek koperku
3-4 ogórki gruntowe
4 rzodkiewki
opcjonalnie: pół pęczka szczypiorku i 1 ząbek czosnku
2 jajka na twardo/ 4 małe ziemniaczki do podania
szczypta soli

Botwinkę kroję (buraczki uprzednio obieram) w paseczki i duszę pod przykryciem w kilku łyżkach wody (można ją również ugotować, ale szkoda witamin), po czym ją studzę. Obrane ogórki i rzodkiewki ścieram na tarce o grubych oczkach. Siekam koperek i szczypiorek.

W misce mieszam mleko i śmietankę, dodaję wszystkie warzywa (razem ze zmiażdżonym ząbkiem czosnku), odrobinę soli. Odkładam do lodówki do przegryzienia. Podaję z ćwiartkami jajka albo z młodymi ziemniaczkami (ostudzonymi).




czwartek, 24 maja 2012

Lapidaria wileńskie, cz. I




Lapidaria stanowią zbiór moich okruchów z podróży. Stanowią raczej zapis pierwszych wrażeń, aniżeli opis jakiejś wędrówki, garść szkiców zamiast pełnego obrazu. Pisałam tak o Toskanii, pisałam o Pradze i Berlinie. Dzisiaj lapidaria wileńskie.

***

Nasz sposób zwiedzania wykrystalizował się już kilka lat temu: wynajmujemy hostel w centrum miasta (czasem udaje się wynająć miejsce na polu namiotowym), wstajemy skoro świt i chodzimy, chodzimy, chodzimy. Pokonujemy miasto pieszo, odwiedzamy każdą boczną uliczkę, zaglądamy w każdy kąt, który znajduje się poza głównym szlakiem turystycznym. Oczywiście oglądamy też sztandarowe zabytki miasta, ale to nie stanowi nigdy głównego punktu wycieczki, bo nie chodzi nam o zaliczenie jak największej liczby zabytków, a o poczucie klimatu miasta. W odczuwaniu jego klimatu pomaga nam również jedzenie w knajpach dla swojaków i powolne spijanie latte na kawiarnianych tarasach, połączone z leniwą obserwacja przechodniów. Lubimy też odpoczywać na zielonej trawce - układamy się tam, gdzie siedzą autochtoni i obserwujemy. Niektóre z parkowych nasiadówek poprzedza wizyta w sklepie i zakup miejscowych wyrobów, więc później piknikujemy w parku, wygrzewając się w promieniach słońca, czasem ucinając sobie nawet drzemkę.

Nie inaczej było w Wilnie: hostel w centrum miasta, wygodne buty, mapa (przewodniki nie są nam potrzebne, bo wszystkie informacje można zawsze wyczytać z tabliczek znajdujących się przy zabytkach), okulary przeciwsłoneczne i przed siebie! 





STAROŚĆ MURÓW

Niejednokrotnie pisałam o mojej miłości do obdrapanego, kiedy więc znalazłam się w Wilnie, byłam w siódmym niebie, bo jest to miasto obdrapanych ścian. Jako że z II wojny światowej Wilno wyszło praktycznie bez uszczerbku, chodząc starówką, mijając Ostrą Bramę czy siedząc na dziedzińcu przed kamienicą, w której mieszkał Mickiewicz, możesz mieć pewność, że to, co oglądasz, jest prawdziwe. Może trochę bardziej obdrapane (co dla niektórych jest atutem ;), może pokiereszowane przez czas, ale właśnie takie, jak przed stu, dwustu, trzystu laty. 





ZAUŁKI 

Tajemnicze podwórka, ukryta w dziedzińcu cerkiew, porośnięte bluszczem balkony z żeliwnymi, fikuśnie powyginanymi balustradami, opuszczone mieszkania z okiennicami upiornie skrzypiącymi na wietrze - wszystko to sprawia, że w głowie powstają dziesiątki pytań, historii, które mogły się wydarzyć, szeptów, które można było usłyszeć, cieni znikających w przesmykach wąskich ulic... Takie miejsca uruchamiają wyobraźnię. Zastanawiam się zawsze, kto tu żył, co robił, ile tragedii i radości kryją kolejne warstwy farb... 

Wszystkie te opuszczone kamienice, świecące pustką dworki - do każdego nich chce się wejść, spojrzeć choćby przez szparę między deskami, wspiąć sie na kamień i przebić  wzrokiem płot.




PIKNIK

Szczególnie miło wspominam nasz piknik z widokiem na panoramę Wilna. Obok nas rozbiło się więcej piknikowiczów, siedziały tu złączone w uścisku pary, znajomi nieudolnie próbujący grać we freesbe, grupki studentów popijających piwo, przyjaciółki zajadające kupiony w podliskiej knajpie obiad, własciciele psów z pupilami... 

My wylądowaliśmy tu z czosnkowymi bułeczkami, plastrami jakiejś suszonej wędliny i serem. Do picia oczywiscie cydr - tylko to tutaj piłam, zachwycona ofertą litewskich marketów. Ach, jakież to przyjemne uczucie - leżeć na trawie w majowe, ciepłe popołudnie i - zagryzając czosnkową bułeczkę - spoglądać na miasto, które cicho szumi pod nami... 



MULTI-KULTI

Kiedy pierwszej nocy w Wilnie, w jedynym czynnym sklepie - malutkiej budce z alkoholami przy dworcu - kupowaliśmy w cydr (w ofercie była jedynie litrowa butelka cydru o wymownej nazwie Cider party i równie wymownej ilości promili - 6), sprzedawczyni rozmawiała z nami po rosyjsku. Kupując następnego dnia w barze cepeliny, próbowaliśmy dogadać się z posługującą się językiem litewskim kelnerką. Sprzedawczyni kibini w Trokach przeszła z nami na miękki, dźwięczny język polski.

W dalszym ciągu czuć tu wielokulturowość. Teraz wygląda to już nieco inaczej, niż przed wojną, kiedy to Wilno zamieszkiwali nie tylko Polacy, Litwini i Rosjanie, ale i Żydzi, Ukraińcy, Białorusini i Niemcy, jednak miasto nadal pozostaje miksem kultur, religii i narodowości. Cerkiew stoi tu obok kościoła, kopuła meczetu lśni w panoramie miasta, w sklepach można sie dogadać po polsku, rosyjsku i litewsku. Łuszczące się ze staroci tynki odkrywają hebrajskie napisy albo nagryzione zębem czasu freski, znajdujące się obok kościoła prawosławnego.



ZIELEŃ 

Dużo w Wilnie urokliwych miejsc obrośniętych zielenią i niemal każdym z nich jest wykorzystywany przez ludzi. Nie znajdziecie tu tabliczek z napisem ‘nie deptać zieleni’, ‘nie siadać na trawniku’. Zieleń służy tu mieszkańcom miasta i wcale na tym nie cierpi. Jest mniej lub bardziej zagospodarowana, jak zielony zakątek nad rzeką upstrzony jaskrawożółtymi mleczami albo zadbany skwer w centrum miasta, mieniący się rabatkami bratków, ale zawsze kojąca, pachnąca i pulsująca życiem.



NA STYKU

Ta cecha miasta wynika pewnie z jego pomieszania kulturowego. Nowe sąsiaduje tu ze starym, wschodnie, czasem lekko kiczowate, ze ‘światowym’ zachodnim. Z jednej strony znajdziemy w mieście lśniące wieżowce, nowoczesne mosty i przestrzeń, która momentami kojarzyła mi się z Berlinem (mosty), z drugiej malutkie drewniane chatki, wetknięte w miasto tuż za jego centrum. 

Spotkamy tu babulinki z głowami przewiązanymi chustami (w Polsce widok spotykany już raczej tylko na wsiach) i dziewczyny z grzywkami o kształcie rurek, pieczołowicie zawijanych lokówką, z drugiej strony mnóstwo modnie ubranych osób, mężczyznę o pooranej zmarszczkami twarzy, wiozącego w skrzynce na rowerze kurę, ale i hipsterów podążających na swych ładnych jednośladach do modnej knajpy.



ODDECH HISTORII

Wszystkie te urokliwe zakątki Wilna, jego obdrapane tynki, opuszczone kamienice, sprawiają, że czuć na każdym kroku czuję na karku oddech historii, ale najsilniej doświadczyłam tego chyba na Cmentarzu Na Rossie. To tu mieści się serce polskości - dosłownie (to tu pochowano serce marszałka Piłsudskiego) i w przenośni. Tak się złożyło, że oglądaliśmy cmentarz trzeciego maja, w dniu, w którym zbierają się na cmentarzu nasi rodacy mieszkający w Wilnie. Były więc pompatyczne przemówienia, byli goście z Polski, oficjele z przedstawicielstw dyplomatycznych, a ponad tym wszystkim dźwięczała polska mowa, zmiękczona litewskim akcentem. 

Może to zakrawa o szaleństwo, pokazywać nagrobki na blogu, którego główny nurt stanowią kulinaria, ale zaryzykuję, bo tak pięknych epitafiów (kilka z nich pokazuję poniżej), tak niesamowitych fotografii nagrobkowych i tak starych grobów (np. z 1876 r.) nigdy nie widziałam. Całości dopełniała zieleń, która bezczelnie wkradała się między płyty nagrobkowe, nie zważając na ludzkie sentymenty. Magiczne miejsce.







To pierwsza część moich szkiców z podróży. W kolejnej części będę chciała napisać o tym, co misie lubią najbardziej, czyli o jedzeniu, jeśli zaś wystarczy mi zapału, jedną notkę poświęcę zbaczaniu z głównych ścieżek podczas wizyty w Trokach i efektach powyższego działania.

poniedziałek, 21 maja 2012

Nos w bukiecie bzu


Wtykam nos w bukiet bzu.
Jeżdżę na rowerze.
Chodzę po plaży.
Czytam wiersze.
Jem obiady na tarasie.
Piszę, również notkę wileńską.
Witam się z truskawkami. 

I powoli żegnam się ze szparagami, świadoma zbliżającego się nieuchronnie końca sezonu na to warzywo. Wczoraj na przykład zrobiłam szparagową krajankę w wersji bez boczku, ale za to z dużą ilością pachnącego tymianku. 



SZPARAGOWA KRAJANKA (HASH) Z MŁODYMI ZIEMNIACZKAMI I TYMIANKIEM

przygotowanie i proporcje jak w tym przepisie, z tym, że usuwam zeń boczek, a pod koniec duszenia wrzucam kilka gałązek tymianku;


Esktaza smakowa!



wtorek, 15 maja 2012

Szparagowe smaczki



Sezon szparagowy w pełni, pytacie o moje przepisy na szparagi, więc kieruję Was do zbioru moich szparagowych przepisów, o tutaj

Znajdziecie tu:
- makaron ze szparagami (zielonymi)
- kremowy makaron ze szparagami (białymi)
- szparagi z boczkiem i jajkiem sadzonym
- szparagi w sosie bazyliowym
- szparagi z pesto bazylikowo-migdałowym
- tartę szparagowo-pomidorową
- zupę z białych szparagów i fety
- szparagi pod chrupiącą skorupką (pieczone z młodą marchewką i ziemniaczkami)
- szparagi na zimno po francusku (wg Monatowej)

- szparagowy hash (krajankę).



Moje ulubione przepisy (z powyższych) to szparagowy hash, szparagi pieczone z młodą marchewką i te z boczkiem i jajkiem sadzonym.


Pyszne są też szparagi z grilla: lekko je solimy, skrapiamy oliwą/olejem i grillujemy do miękkości na ruszcie (po kilka minut).


niedziela, 13 maja 2012

Vintage cooking: Rok Bez Piekarnika


Tak, tak nie mylicie się, pierwsze zdjęcie przedstawia prodiż. To on będzie gwiazdą dzisiejszego tekstu z cyklu Vintage cooking (więcej o cyklu w zakładce w prawym górnym rogu strony). 


***

Prodiż kojarzy mi się z wiejską kuchnią babci. Kuchnią, w której główne miejsce zajmował  piec kaflowy, a pod ścianą stał krzywy kredens z woreczkami mąki, cukru, kaszy i kilkoma puszkami cejlońskiej herbaty. Bywało, że w kredensie pojawiały się myszy, które jednak szybko znikały, kiedy babcia wpuszczała gibkie koty o lśniącej sierści, znające każdy centymetr okolicznych pól. Na kuchennym parapecie stały czerwone pelargonie, a latem przez wiecznie otwarte okno do kuchni wślizgiwały się objedzone nektarem trzmiele. 

Prodiż stał na pokrytym ceratą stole, babcia wypiekała w nim ciasta. Jej popisowym wypiekiem była szarlotka na idealnie kruchym cieście z kwaskowatą masą jabłkową (nigdy z jabłkami w kawałkach) o cynamonowej nucie. Wierzch ciasta był złoty i świecił drobinkami nadtopionego cukru, którym babcia posypywała górną warstwę kruchego ciasta. Do dziś zachodzimy z mamą w głowę, jak udawało się babci wyciągnąć szarlotkę z prodiża w stanie nienaruszonym, bez uronienia ani jednego okruszka.

Prodiż to także wspomnienie soczystego, pachnącego kurczaka pieczonego przez mamcię. Kiedy byłam mała, lubiłam zaglądać przez szybkę górej pokrywy, wdychając przez jej otworki zapach niedzielnego obiadu. Pachnące czosnkiem, rozpływające się w ustach zimne nóżki kurczaka to - obok ogórka chrupanego razem ze skórką - moje naczelne piknikowe wspomnienie dzieciństwa. Siedziałyśmy z siostrą na kocu dokoła pulsującej przyrody w majowym rozkwicie i zajadałyśmy się miękkim kurczakiem, zlizując potem z palców jego słonawe, tłuste resztki.

Jeszcze dwa lata temu prodiż ratował mnie od czarnej rozpaczy spowodowanej brakiem piekarnika. Jako że nagrzewa się on do temperatury ok. 180-200 st. C., jest idealny do pieczenia kruchych ciast, ale i każdego innego ciasta o temperaturze pieczenia zbliżonej do powyższej. Obok większości tart, które pojawiły się u mnie na stole (i blogu) w Roku Bez Piekarnika, a więc w 2009 r., piekłam w prodiżu również muffiny i brownies. Oczywiście w prodiżu nie mieści się forma muffinowa, więc wkładałam do środka małe jednorazowe foremki (mieściły się cztery sztuki). Tarty piekłam w foremce o średnicy 23 cm, która idealnie mieściła się do prodiża (choć oczywiście można piec ciasta tak, jak moja babcia, bezpośrednio w prodiżu, bez blachy, ale wychodzi wtedy wielka porcja ciasta). Nad prodiżem spędziłam również pół nocy, piekąc malutkimi partiami wielką ilość moich pierwszych rogalików z nadzieniem różanym...  

Nie ma lepszego kurczaka niż ten przyrządzony w prodiżu. Mała powierzchnia naczynia sprawia, że pieczone mięso nie wysycha (piekąc mięso w piekarniku, trzeba się bardziej nagimnastykować, przykrywając je albo polewając sokami, które wydzielają sie podczas pieczenia). Do tego mięso ładnie się rumieni i chłonie aromaty, o które chcemy je wzbogacić. Minusem jest to, że mięso lubi przywierać do dna prodiża, czemu można zaradzić, wykładając spód folią do pieczenia. W prodiżu piekę kurczaka z gniecionymi ziemniakami i pomidorkami koktajlowymi, danie tyleż pyszne, co niekłopotliwe, piekę ziemniaczki do weekendowego obiadu albo mieszane warzywa, które zjadamy w towarzystwie pesto genovese (albo pietruszkowego). Opiekam  w nim papryki na niebiańską zupę, piekę szparagi i pietruszkę w parmezanowej posypce... W prodiżu upiekłam pierwszy świąteczny schab ze śliwką.

Wyciągam go z kuchennej szafki, kiedy mam do upieczenia jedną rzecz i nie opłaca mi się nagrzewać piekarnika. Prodiż szybko się nagrzewa i 'zjada' mniej energii niż piekarnik. Ostatnio uruchamiałam go w weekend, kiedy zachciało mi się na śniadanie jajek w kokilkach. Nie minęło 15 minut (wliczając w to czas nagrzewania sprzętu), jak moje jajka były gotowe.

Podsumowując, prodiż świetnie nadaje się do pieczenia:

- kruchych ciast
- wszelkich innych wypieków o temperaturze pieczenia ok. 180-200 st.C. (trzeba tylko uważnie doglądać ciast, bo jeśli nie znamy jeszcze swego prodiża, mogą się przypalić)
- mięs, takich jak np. kurczak, schab, karkówka
- przeróżnych warzyw,w tym ziemniaków, szparagów, buraków czy opiekania papryki
- ja piekę w prodiżu również sakiewki obiadowe, czyli zawinięte w folię aluminiową kombinacje różnych składników (np. kawałki kurczaka z porami i lazurem, które posypuję później orzechami włoskimi - poezja!)
- ponadto w prodiżu można piec jajka w kokilkach :)

Prodiż fajny jest!


JAJKA W KOKILKACH
(przepis na 1 porcję)
1 jajko
2 łyżki gęstej śmietany kremówki (12% i 18% też się sprawdzą)
masło do nasmarowania kokilki
kilka listków świeżego tymianku
koperek
1 łyżeczka serka koziego (twarożku)
sól


Kokilkę smaruję masłem. Na dno foremki wsypuję tymianek, wbijam jajko, dodaję śmietanę (na białko, nie na żółtko). Należy uważać, by żółtko nie stykało się ze ściankami kokilki, bo się zetnie podczas pieczenia, a nie o to chodzi. Na wierzch daję łyżeczkę koziego sera, trochę koperki i solę całość.
Do prodiża/wysokiej blachy wlewam wrzątek (na wysokość ok. 3 cm), wkładam doń kokilkę z jakiem i piekę 10-12 minut w 200 st. C. Po 10 minutach najlepiej sprawdzić, czy jajko nie jest już gotowe - białko powinno być ścięte, a żółtko płynne. Podaję od razu.


Uwagi:


1. Jajek w kokilkach zachciało mi się po obejrzeniu jednego z odcinków gotowania z Rachel Khoo. Przepis stanowi wypadkową tego oraz przepisu Michaela Roux ("Jajka").


2. Przepis można potraktować jako bazę do oeufs en cocotte, zaś dodatki możecie dobierać według swej wyobraźni. Pięknie się tu sprawdza wędzony łosoś, pomidorki koktajlowe, kawior, sery różnej maści, świeże zioła, por... Pyszne, proste i efektowne śniadanie.


3. Tu jajka zajadałam z rozmarynowo-pomarańczową focaccią, o której jeszcze napiszę, bo mnie powaliła na kolana.


PS Pracuję nad wpisem litewskim - relacją z naszego majowego wypadu. Postanowiłam to ogłosić wszem i wobec, bo to zmobilizuje mnie do zintensyfikowania prac ;)

wtorek, 8 maja 2012

wyDUKAłam zwycięzców (wz)




 I. Wczoraj przeczytałam raz jeszcze Wasze komentarze konkursowe dotyczące konkursu Edukator Stylu 2, wyłoniłam te, które najbardziej mi się spodobały i spośród nich wylosowałam 5 zwycięskich. W związku z powyższym, zestawy kubków wędrują do osób o następujących nickach/imionach:

1. MegAnn
2. Katarzyna (podpisana jako Kaisa)
3. Magdalena Gabryś
4. mgdln
5. carse

Proszę Was o przesłanie na mój adres (wlodarczyk.ania@gmail.com) adresów do wysyłki w terminie 3 dni od niniejszego postu (tj. do dnia 11 maja b.r.). W przypadku nie wskazania danych w tym terminie, wylosuję kolejne osoby, które wejdą na miejsce osób, które nie przesłały mi swych danych na czas.

II. Najwięcej głosów zyskała aranżacja "Zieleń w formie", na drugim miejscu znalazł się mój faworyt - "Niedziela przy śniadaniu", dużo głosów zyskała również "Fiesta mexicana, czyli ruletka chilli". Jako że regulamin nie przewiduje, że jedna osoba może uzyskać tylko jedno wyróżnienie specjalne, kolejna nagroda wędruje do autorki "Zieleni w formie". Autorce serdecznie gratuluję aranżacji, która zgarnęła wszelkie możliwe laury i proszę o podesłanie na mego maila adresu do wysyłki!

Dziękuję Wam za udział w konkursie!


III. A dla tych, którzy nie wygrali, na pocieszenie mam bukiet młodziutkich rzodkiewek (na zdjęciu), z których robię pyszne wiosenne pesto rzodkiewkowe. Przepis pokazywałam tutaj.

poniedziałek, 7 maja 2012

Majowy must have


W Trójmieście nie rozkwitł jeszcze na dobre bez, ale to już kwestia kilku dni. Kwitną za to jabłonie, otulając bielą okoliczne zbocza. Zieleń zalała pobliskie krzaki i trawniki, a zapach wilgoci wreszcie ustąpił miejsca soczystej świeżości młodej trawy - wiosna, wiosna!
Zakwitły i nasze tarasowe truskawki, niosąc ze sobą obietnicę słodkich owoców za kilka tygodni… Zobaczymy, czy coś z tego wyjdzie.

czerwcowe tartaletki z cukierni
Tymczasem już ostatniego dnia kwietnia na drodze wylotowej z Gdańska zobaczyłam wystawione na słońce pierwsze kobiałki truskawek. Jako że nie miałam okazji przyjrzeć im się z bliska, nie wiem, co to za owoce. Wiem za to jedno: sezon truskawkowy zbliża się wielkimi krokami i już za chwilę nie będę musiała pocieszać się plastikowymi pudełeczkami z truskawkami wielkości pięści i o smaku ziemniaka, bo nastanie czas soczystych, słodkich, drobnych, prawdziwych truskawek
Rok temu nie zdążyłam pokazać Wam mojego truskawkowego hitu, więc robię to teraz, na początku sezonu: to truskawkowa tarta z kruszonką i lukrem.  Pierwszą taką tartaletkę zjadłam pewnego upalnego dnia czerwca w cukierni w rodzinnych stronach. Bez przekonania zrobiłam pierwszy kęs i - alleluja! - rozpłynęłam się. Bo musicie wiedzieć, że nie przepadam za ciastami z pieczonymi truskawkami. Serce mnie boli, gdy widzę, jak z soczysta czerwona truskawka po upieczeniu przeistacza się w wątły i blady cień samej siebie. Bywają jednak wyjątki od tej zasady i tak drożdżówka z pewnej sopockiej cukierni, z truskawkami zatopionymi pod kruszonką to mój majowo-czerwcowy must-have
Kolejny wyjątek stanowi to ciasto.



TARTA Z TRUSKAWKAMI, PRAŻONYMI MIGDAŁAMI I LUKREM CYTRYNOWYM

ok. 1,5 szklanki truskawek (najlepsze mało soczyste)
opcjonalnie: cukier do posypania truskawek jeżeli są zbyt kwaśne
na lukier: 3 łyżki soku z cytryny i 1 łyżka cukru pudru
opcjonalnie: 1/2 płatków migdałowych, do posypania

Przyrządzam kruche ciasto według wskazanego przepisu. Po schłodzeniu, 2/3 ciasta wyklewam na formę na tartę (o średnicy 26 cm), zaś pozostałą część odkładam. Podpiekam ciasto w piekarniku nagrzanym do 200 st. C. przez 20 minut. Następnie wykładam na ciasto truskawki, a jeżeli są  kwaskowate, posypuję je cukrem. Pozostałe ciasto kruszę na truskawki (albo ścieram na tarce) i wkładam ciasto do piekarnika. Piekę ciasto jeszcze ok. 25 minut, do zezłocenia się wierzchu.

W międzyczasie ucieram cukier puder z sokiem z cytryny. Jezeli lukier jest zbyt rzadki, dodaję jeszcze trochę cukru pudru.

Wyciągam tartę z piekarnika polewam cukrem pudrem i podaję. Można je również posypać uprażonymi na suchej patelni płatkami migdałowymi. Poezja!




Uwagi:

1. Najbardziej lubię tę tartę z dodatkiem prażonych płatków migdałowych, których smak wzbogaca całość i przełamuje miękką strukturę nadzienia. Tarta pojawiała się u mnie również w towarzystwie kruszonki z płatkami owsianymi, którą wykorzystuję do boskiej tarty z malinami i białą czekoladą

2. Wszystko w niej pięknie gra – aromat truskawek, cytrusowa nutka lukru, maślany aromat kruchego ciasta i słodkie grudki kruszonki. Dla mnie to idealna inauguracja sezonu truskawkowego. 

wtorek, 1 maja 2012

Komu w drogę...

... temu aparat! Do zobaczenia :)


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...